Nie taki fast food zły jak go malują.


Dziś słów kilka o jedzeniu fast food’ów. Temat „żarty”, więc zanim zaczniesz czytać, zastanów się czy temat naprawdę Ci leży. Bo jeśli masz zamiar wylać na mnie wiadro pomyj to od razu sobie daruj.
Każdy z nas ma czasem lenia. „Nic co ludzkie nie jest mi obce” powiedział kiedyś ktoś mądry. Czasami mi się nie chce. Czasami, chociaż rzadko, zamiast stać przy garach wolę poleżeć. Zamawiam wtedy obiad do domu. To takie miłe uczucie zjeść coś, czego sama nie musiałaś gotować i do tego nie ma „produkcji” brudnych naczyń. Czasami zdarza nam się jeść coś na mieście, raczej rzadko w fast foodach, chociaż nie wypieram się, że znamy smak frytek z Makusia, czy smak kebaba w naleśniku. Smak skrzydełek z KFC posmakowaliśmy chyba tylko raz. Bo i takie jakieś półsurowe jak dla mnie, i za ostre. Ale jak się okazało, KFC pomogło mi wpłynąć pozytywnie na dietę mojego dziecka. Jak? Zaraz Ci opowiem!

Czy fast food naprawdę jest taki zły?
Było wtorkowe, leniwe popołudnie. Obiecałam Adaśkowi, że pojedziemy do wielkiego sklepu, żeby wybrał sobie zabawkę, którą chciał od dawna. Rozpatroszyliśmy w tym celu jego skarbonkę, bo chciał zapłacić sam. Nie będę mu przecież bronić, nazbierał to może też wydać na coś fajnego :) Pan Mąż miał wrócić z pracy później, więc po zakupach siedliśmy w restauracji i zjedliśmy z Adim pierogi. Zjadłam to może ja, on raczej podzióbał :) Po obiedzie, z ukochaną zabawką i pełnym brzuchem zaczęliśmy zbierać się do domu. Ale zaraz! w domu ani zupy, ani nawet „chińszczyzny” a Pan Mąż zapewne będzie głodny. Że też po pracy ma jakąś potrzebę zjedzenia obiadu – nie rozumiem :P Nie zastanawiając się więc za dużo podeszłam do lady w jednym z najbardziej znanych fast food’ ów – KFC i kupiłam na wynos kubełek tych kurczaków. A niech sobie facet zje, co mu będę żałować! No i wróciliśmy do domu. Ja, dumna żona, że o Mężu nie zapomniałam, postawiłam kubełek przed nim i mówię „obiad Ci przywiozłam” :) Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej, bo nasze dziecko ni z tego, ni z owego swoją małą rączką wyciągnęło ‚udo’ z kury i zaczęło jeść. Patrzyliśmy na siebie jak zahipnotyzowani. Adaś i kurczak?! I to taki z fast food?! Mówię do Pana Męża, że trzeba mu zabrać, wyrwać siłą, no nie wiem, zabronić jakoś tą chemią się faszerować. Bo brzuch go będzie bolał, bo pewnie się zatruje, albo zacznie w nocy świecić! Ale Pan Mąż, jak to facet – wyluzowany dosyć mówi „Zostaw, raz nie zawsze” Taka nie do końca przekonana byłam, ale pozwoliłam mojemu dziecku podążyć za instynktem – w końcu też facet! Zjadł chyba 2,5 tych ud i był z siebie bardzo zadowolony. Stwierdził, że mogę mu gotować takie „kurczaki z kostką” bo on bardzo przecież je lubi. Dobre sobie, a jak robiłam wcześniej to „ble, niedobre! Nie będę jeść!”
Odczekałam kilka dni i postanowiłam przeprowadzić eksperyment. Upiekłam „kurczaczka z kostką” w piekarniku. Doprawiony solą, pieprzem i czerwona papryką – dla koloru. I wołam to nasze dziecko na obiad. A On uradowany, że kurczaczek z kostką na obiad, a on przecież tak bardzo lubi. Zjadł, poprosił o dokładkę. I je do tej pory! W sensie nie cały czas to samo udko, ale ciągle z chęcią zjada na obiad pieczonego albo nawet grillowanego kurczaka.
I tak to właśnie niezdrowe kurczaki z KFC przekonały moje dziecko do przygotowywanego przez mamusię drobiu. Okazało się, że takim małym, niezaplanowanym nawet podstępem, uzyskałam efekt, którego nie mogłam osiągnąć do tej pory!

Ciekawa jestem, czy też masz w zanadrzu podobną historię? Pisz :)