Zabierz mnie do ZOO.


Myślisz, że Zoo jest zawsze dobrym pomysłem na rodzinną wyprawę? W większości przypadków tak pewnie jest, ale nie u nas… u nas zawsze wszystko na opak. Na 99% to właśnie dziecko namawia rodziców na jakąś atrakcję. Znasz to na pewno doskonale. Tydzień proszenia, wspominania, aż w końcu miękniesz i spełniasz prośbę. Adaś też potrafi wspominać o czymś mimochodem, nagabywać nas na jakąś zabawkę wymarzoną, czy odwiedzenie fajnego miejsca, o którym słyszał. No dzieci tak już mają i koniec. Jednak z zoo było u nas zupełnie inaczej. Tym razem to my musieliśmy namawiać jego.
Będąc u rodziców zapragnęliśmy zwiedzić zamojskie Zoo, więc już kilka dni wcześniej robiliśmy sobie podkład pod tą wyprawę. Bo pisząc „chcieliśmy” mam na myśli siebie i Adriana. Nasze dziecko uparło się, że nie! Do żadnego ZOO on nie jedzie! I koniec! Nie wiadomo czemu, bo przecież ani się nie zraził, ani żadnej traumy z zoo związanej nie przeżył. No bo jak, skoro w prawdziwym zoo nawet nie miał okazji być. A jednak. Wycieczka nie leżała mu i już. Ale czy nam, rodzicom nic już się nie należy? Czy nie możemy spełnić chociaż raz swojej zachcianki wbrew dziecku? Postawiliśmy na swoim i pewnego przedpołudnia pojechaliśmy do Zamościa. Ciekawa jesteś czy nam się udało? No nie do końca, ale…
Oczywiście na przekór naszym planom, jak tylko wjechaliśmy do miasta zaczęło lać. No i przymusowy przystanek w Makusiu, na fast fooda i kawę. W Makusiu było tak świetnie, że nasze dziecko wyjść z niego nie chciało, nawet kiedy zza chmur w końcu wyszło słońce. Jednak decyzja zapadła, więc nie ma zmiłuj! Jedziemy! Nim pokonaliśmy 5 minutową trasę od McDonalda do zoo, Adaś zasnął i naprawdę ciężko było go dobudzić. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły „nie idźcie tą drogą!” A my na przekór!
Kiedy już się udało śpiącego księcia dobudzić, kupiliśmy bilety i rozpoczęliśmy naszą wycieczkę po zoo. Początkowo Adaś nadal nie był zbyt zainteresowany. Małpy i papugi nie robiły na nim praktycznie żadnego wrażenia. Wszystkie atrakcje w zasadzie początkowo przebiegliśmy ekspresem. Nawet nie wiem jakie zwierzęta dokładnie tam były, bo wiesz – max 3 sekundy na każde zwierzę – tyle czasu pozwoliło nam poświęcić nasze dziecko na zwiedzanie. Mało tego, Adaś był tak zniesmaczony pobytem w Zoo, że nie chciało mu się chodzić i ciągle chciał być na rękach u taty. A noszenie takiego 16-kilogramowego tobołka to już konkretny wyczyn. I czy tak już do końca?
Na szczęście, tak mniej więcej w połowie naszej wyprawy nastąpił przełom i Adaś zaczął dostrzegać liczne atrakcje w postaci niespotykanych dotąd zwierząt. My za to, bawiliśmy się świetnie już od samego początku. Tak dawno byłam w zoo, że to była dla mnie naprawdę frajda :) Przecież każdy z nas czasem ma ochotę znowu być dzieckiem i spełnić jakąś swoją dziecięcą zachciankę. Najśmieszniejsze w tej całej sytuacji było to, że wyjątkowo ta wyprawa była bardziej dla nas niż dla Adasia. Zawsze wszystko robimy ze względu na dziecko, a tym razem sprawiliśmy frajdę sami sobie. Na szczęście – jak się później okazało, Adasiowi również. Cieszę się, że nie poddaliśmy się i nie odpuściliśmy tej małej wycieczki.
Nam rodzicom ciężko stawiać siebie na pierwszym miejscu. Uwierzcie mi, że w pewnym momencie chcieliśmy zawinąć się z powrotem do samochodu i wrócić do domu. Ale tym zachowaniem po pierwsze – pokazalibyśmy, że nie my, a właśnie nasze dziecko podejmuje decyzje w tej rodzinie. Po drugie – odmówilibyśmy sobie przyjemności, na którą zwyczajnie mieliśmy ochotę. Nie sądziłam, że będę musiała namawiać Adasia na wizytę w zoo. Wydawało mi się, że marzy o tym każde dziecko.
Jak się później okazało warto czasem pomyśleć nie tylko o dziecku, a o samym sobie. W każdym z nas drzemie mały człowiek, który ma ochotę na trochę dziecięce rozrywki i nie ma powodu by to wewnętrzne dziecko ignorować :) Najbardziej jednak, wiadomo, cieszę się, że Adaś w końcu też dobrze się tam bawił i wspomina z uśmiechem tą naszą małą wycieczkę. Nie mielibyśmy przecież takiej satysfakcji gdyby wyszedł stamtąd niezadowolony. Co prawda nie było słonia, a ciągle marzy by go zobaczyć na żywo i nie dotarliśmy do hipopotama. Tzn dotarliśmy, ale się dziad schował i tyle go widzieliśmy ;) Widzieliśmy za to piękne żyrafy (szkoda, że w takim zamknięciu a nie na zewnątrz) no i słynne już na całą Polskę surykatki, do zagrody których ojcowie wkładają swoje małe dzieci :) Karmiliśmy kozę suchą trawą i widzieliśmy żółwia :) na terenie zamojskiego Zoo jest wielki plac zabaw, którego Adaś nie omieszkał ominąć i kilka miejsc na przystanki (nawet jakaś pierogarnia o ile dobrze pamiętam)No i można kupić pamiątki, których nasze dziecko też nie chciało! A ja pluszową małpę już sobie odpuściłam :)
Jeśli będziesz w wakacje w pobliżu Zamościa, to nie odpuszczajcie sobie wycieczki do Zoo choćby nie wiem co! Mówię Wam – frajda nie tylko dla dzieci :)