Zwolniłam się i dobrze mi z tym.


Tak, dobrze czytasz – zwolniłam się! Zwolniłam się z bycia perfekcyjną! Olałam! Pozwoliłam sobie na więcej luzu.
Wiesz, u mnie wszystko zawsze musiało być idealnie. Okruszki na podłodze powodowały u mnie wściekłość. Nie mogłam pozwolić na to, by na dłużej tam zostały. Latałam jak potrzepana ze szmatą, szmateczką, miotłą. Może to wina małego mieszkania, no bo wiesz, jeden okruszek a jakby tona. Więc odkurzacz stał ciągle na wierzchu. Nie chowałam go i włączałam kilka razy dziennie! Potem mop, bo panele muszą się przecież błyszczeć. Do tego nie cierpię odcisków stóp na podłodze.  Nie mogłam na to patrzeć. Potrafiłam więc jeszcze tuż przed spaniem myć podłogę za samą sobą. Tak wiesz, żeby mop zmył te moje ślady. Zostawiałam mopa przy łóżku, bo przecież nie mogłam go odstawić – zrobiłabym ślady… chore, wiem!
Zawsze lubiłam kiedy w mieszkaniu był perfekcyjny porządek. Niestety wraz z narodzinami dziecka wszystko obraca się o 180 stopni. Znasz to, prawda?
Dlatego bardzo „cierpiałam” psychicznie kiedy wszystkie zabawki porozrzucane były w naszym pokoju gościnno-sypialnianym. Teraz kiedy Adaś ma już zorganizowany swój pokój tak, że wszystkie zabawki się tam mieszczą, często wieczorami odnosiłam wszystkie zabawki do jego pokoju tylko po to, by rano znowu porozkładane były w „salonie” Każdą małą rzecz, którą się nie bawił akurat w tym momencie odnosiłam do jego szuflad. I tak w kółko.
Dzisiaj piszę do Ciebie ten wpis, a na szafce pod telewizorem leżą trzy grzybki – zabawki, chusteczki nawilżane, które zawsze odnosiłam do szuflady w łazience. Naprzeciwko mnie, na komodzie, tuż obok mojego kwiatka stoją trzy samochody lego i kilka samotnych klocków. A ja siedzę. Bo pamiętasz, zwolniłam się z perfekcjonizmu. Boże, jak dobrze mi z tym! Bo przecież nie to się liczy, by było sterylnie. Mieszkamy tu, Adaś się bawi, a z chusteczek nawilżanych korzystamy często. Jaki więc jest sens chować je za każdym razem… Nie martw się, nie potykamy się o porozrzucane rzeczy, ale przestały mi przeszkadzać jakieś małe zabawki, czy inne rzeczy, w granicach rozsądku.
Ale to nie tylko w kwestii nadmiernego porządku w domu zwolniłam się z bycia perfekcyjną. Odpuściłam sobie tak ogólnie w życiu. Przestałam się w końcu przejmować rzeczami na które nie mam wpływu. Sama nie do końca wiem, jak mi się to udało, ale sytuacje które kiedyś wyprowadziłyby mnie z równowagi dzisiaj przyjmuję ze spokojem. Nie przejmuję się pierdołami. Może dzięki mojemu mężowi, który ten dar posiada zrozumiałam, że szkoda na nie życia! Zbyt wiele chwil ucieka nam, ponieważ  zajmujemy się sytuacjami, które w ogólnym rozrachunku są tak błahe, że aż łapiemy się za głowę, że poświęciliśmy na nie choćby te przysłowiowe pięć minut. Czasami musisz pozwolić, by pewne sprawy po tobie „spłynęły” Nie dać się im zdominować.  Odkąd pozwoliłam sobie na bycie nieperfekcyjną moje życie jest piękniejsze! Naprawdę, to żadne farmazony, czy monolog nawiedzonej baby. Ja naprawdę jestem szczęśliwsza, kiedy nie spinam się z powodu rzeczy czy spraw błahych. A przecież mały nieporządek to właśnie taka błaha sprawa.
Nie uwierzysz, ale w byciu mamą też pozwoliłam sobie na bycie nieperfekcyjną. Pozwalam, aby moje dziecko czasem bawiło się same, bez wyrzutów sumienia. Zabieramy go nawet czasem na frytki i wiesz co? Nie wstydzę się tego. Nie je ich przecież codziennie, ani nawet nie co tydzień. Czasem. Ale je. Kiedyś bym Ci się do tego nie przyznała, bo wiesz, ja perfekcyjna taka a dziecko na frytkach? Dzisiaj nie mam już wyrzutów sumienia, bo wiem, że nie robię nic złego. Niech pierwszy rzuci kamień, ten kto nie ma na sumieniu takich małych grzeszków… Jest jeszcze cała masa takich przykładów, ale myślę, że ty też takie przykłady znasz, bo zna je każda matka z autopsji. Nikt nie jest perfekcyjny, a perfekcyjnych tylko udajemy. Ja powiedziałam koniec! Nie będę więcej udawać!
Wkurzało mnie nasze nieperfekcyjne mieszkanie, ciągle za małe. Ciągle nie w moim wymarzonym stylu skandynawskim. Ale wiesz co… wkurzanie się na to, że jest małe nie dało nic. Nie powiększyło się nagle pewnego ranka, z dwóch pokoi i zrobiło się pięć. Przestałam więc się na nie wkurzać. Ograniczyłam rzeczy do minimum. I wiem, że w końcu kiedyś zamieszkamy w wymarzonym domu z ogrodem, w którym latem będziemy jadać śniadania na tarasie. W domu z ogromnym podwórzem, na którym Adaś będzie mógł się bezkarnie bawić godzinami, gdzie całą trójką będziemy bezczelnie szczęśliwi. Może już niedługo… póki co cieszę się tym, co mamy i naszym spokojnym życiem.
Nie udaję, że jestem idealna. Bo nie jestem. I nie chcę już być. Perfekcjonizm to choroba, która nie pozwala się cieszyć z małych rzeczy, bo ciągle nie jest wystarczająco idealnie. Problem zawsze tkwi w tym, że to my same musimy się zwolnić, bo nikt inny za nas tego nie zrobi. My „kobiety perfekcyjne za wszelką cenę, idealne matki polki” wcale nie musimy takie być! Bycie perfekcyjną jest wyjątkowo męczące. Jest toksyczne wręcz. Tłamsi i zgniata od środka. Zatruwa każdą chwilę. A ja chcę być szczęśliwa. Bo mam do tego powody! I Tobie też tego życzę, z całego serducha!